My z ZMP – komunistyczna rewia kojarzyć się może z oglądaną raz w roku szopką noworoczną, w której na rzeczywistość nakładają się coraz to grubsze warstwy absurdu. Różnica polega na tym, że obraz świata w spektaklu Teatru Nowego nie musi być przerysowany, aby wydawał się groteską w czystym wydaniu. Aktorzy nie wcielają się w określone role, ale w typy ludzkie, które 70 lat temu stanowiły wzorce zachowań młodzieży. Publiczność co chwilę wybucha śmiechem. Dlaczego bawi nas historia, która wcale do zabawnych nie należy?


Wizerunek Związku Młodzieży Polskiej w spektaklu bardziej przypomina szkolny kabaret niż organizację, która faktycznie miała duże znaczenie. Absurdalna, ale też przerażająca rzeczywistość lat 50. i 60., na deskach Nowego Teatru składa się z mikro-historii, przeplatanych piosenkami. Scenografii nie ma – cały świat stwarzają aktorzy i nagrania wyświetlane na ścianach sceny. Publiczność przenosi się na zebranie oddziału związku w Jędrzejowie, w trakcie którego ma dojść do rozwiązania problemów z nadużywaniem alkoholu na zabawach szkolnych. Wyrzucanie czy zawieszanie członków odbywa się bez mrugnięcia okiem. Okazuje się, że na liście osób wyczytanych do opuszczenia szeregów związku znalazła się znaczna część widowni. Na szczęście wszyscy mogą zostać w swoich fotelach. Również sprawa stonki rzekomo zrzuconej na Polskę przez siły Stanów Zjednoczonych ma w spektaklu swoje pięć minut. Piramidę wartości ZMP idealnie obrazuje scena spowiedzi – zamiast księdza na scenie znajduje się aktor trzymający portret towarzysza Bieruta, to właśnie on udziela rozgrzeszenia. Gruntowna analiza stroju Bikiniarzy i Kociaków, czyli subkultury opozycyjnej w stosunku do osób należących do związku jest jedną z bardziej zabawnych scen. Bumelanci bardziej przypominają dzisiejszą, hipsterską młodzież Krakowa. Na szczęście nadgorliwców z oddziału w Jędrzejowie, którzy „dźwigają w górę nowy świat” póki co można szukać jak ze świecą.

„Wspaniałe widowisko i nieziemska atmosfera komunistycznej Polski!”Jerzy Federowicz

Groteskowe rozwiązania i zabiegi ZMP dziś bawią swoją irracjonalnością i sztuczną powagą. W spektaklu nie ma ani trochę patosu, jakiego można by się spodziewać idąc na spektakl z historią Polski w tle. Co prawda wskazówkami, które pozwalają umiejscowić przedstawienie w konkretnym, prawdziwym przedziale czasu są nagrania wyświetlane na ścianach sceny przedstawiające chociażby budowę elektrowni Jaworzno czy Warszawę lat 60.. Również pojawiające się zdjęcia Stalina i Bieruta nie pozwalają na oglądanie akcji scenicznej, jak nic nie znaczącego kabaretu. Zabrakło jednak puenty, która nie koniecznie musi być przecież lekka i przyjemna. Brak kontrastowych działań nie czyni spektaklu mdłym – godna podziwu energia aktorów, nie pozwala na nudę, ale momentami staje się męcząca. Jednopoziomowość spektaklu obdziera go z tego, co mogło się stać jego największym atutem – z powodu świetnej zabawy trudno uwierzyć, że to, co dzieje się na scenie kiedyś było czymś więcej niż tylko kabaretem. Należy docenić, że przodownicy pracy należący do ZMP, czyli Aneta Wirzinkiewicz, Dorota Kaczor, Kamil Błoch, Jakub Bergel to cztery niezwykle energetyczne, sceniczne osobowości, od których nie sposób oderwać wzroku, czy to w momencie, gdy tańczą, czy gdy udają, że świetnie śpiewają.

My z ZMP – komunistyczna rewia to ciekawa propozycja repertuarowa. Premiera spektaklu miała miejsce dzień przed II turą wyborów prezydenckich. Można mieć więc nadzieje, że historia, mimo wszystko, kołem się nie toczy i ZMP zostanie tylko wspomnieniem.